Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Rozumiem
29.07-02.08.2019
CZAS DO STARTU:

Na kolana chamy ;)

"Sudety MTB Challenge 2012 - kilka słów refleksji. Na kolana chamy! :) Tytuł może i trochę przewrotny, ale jak doczytacie do końca, zrozumiecie jego pochodzenie. Jednak po kolei - na ok. dwa tyg przed startem podjęliśmy z Matysem (Mateusz Kokowski) decyzję o starcie w parze.
Jako, że mieliśmy już pewne doświadczenie z roku poprzedniego, tym razem mogło być tylko lepiej (dla przypomnienia - Challenge 2011 zaczęliśmy od zerwanej tylnej przerzutki Matysa oraz dwoch kapci, a wszystko to zanim zdążyliśmy dojechać do drugiego bufetu pierwszego etapu do Kralik. Tamten Challenge był więc niejako sprawdzianem, ile można odrobić i o ile oczek wspiąć się w klasyfikacji generalnej Teamow. Ostatecznie skończyliśmy na 9 miejscu)
Decyzja o kolejnym wspólnym starcie podyktowana była kilkoma względami - po pierwsze, nasze wyniki na maratonach u Grzegorza, a więc i nasza forma, w tym roku są bardzo zbliżone, po drugie - bylby to nasz drugi wspólny start (doświadczenie, znajomość słabych i mocnych stron partnera, umiejętność rozumienia się czasem zupełnie bez słów, opanowanie nerwów w sytuacji kryzysowej, itd. Tego nie można się nauczyć inaczej, aniżeli przez wspólne starty).
Tak jak rok temu, tak i tym razem, impreza zaczęła się od prologu. Nieco ponad 8km uphill'u z mocnym asfaltowym wykończeniem. Na starcie zawsze emocje, bo to właśnie "ten" dzień - cały, okrągły rok oczekiwania, 3, 2, 1 START!
Po ok 34min mijamy linię mety - szczerze powiedziawszy, nie pamiętam kiedy ostatnio miałem okazję jechać dosłownie na 101% możliwości (chyba rok temu na tym samym prologu, na tym samym asflacie) Hr avg 186, max 197 mówią same za siebie. Tego dnia szybciej już nie mogłem, a Matys? Możliwe, że mógłby urwać tam jeszcze kilka sekund, tylko jakim kosztem! :)
Bardzo miło było stanąć na podium obok BMC - 2 miejsce w Team Man (wtedy jedyny raz udało nam się objechać "okulary", a więc Piotrka i Darka z 'Okular Oakley MTB').
Wszyscy jednak doskonale wiedzieliśmy, iż prawdziwe ściganie zacznie się od dnia następnego. I tak tez było - mocne tempo od samego poczatku, pierwsze rozpoznanie rywali na trasie, pierwsze tasowanie na podjazdach/zjazdach. Generalnie mimo dość konkretnego dystansu, etap ten szybko zakonczył sie w Kralikach.
I bylby to etap bez wiekszych emocji, gdyby nie fakt, iz na ok 5km przed meta, na wyjezdzie na asfaltową drogę prowadzącą do mety, zauważyliśmy z Matysem dwa teamy, a wiec Duńczycy oraz Hiszpanie! Plan byl prosty - wyprzedzić ich pełnym gazem, tak aby nie zdołali wskoczyć "na koło", a potem ile sił w nogach sprint do ronda w Kralikach i do mety. Plan w swej prostocie okazał się genialny! Wpadliśmy na metę jako trzeci zespół (po BMC oraz Oakleay'ach).
W luźnej rozmowie na mecie z Duńczykami, oni sami przyznali iż ich plan był nieco inny - chcieli "czarować" się z Hiszpanami niemal do samej mety, aby na koncu zmierzyć się w sprincie. Jednak nasze pojawienie się skutecznie pokrzyżowało ich plan - "gdzie dwoch się bije, tam trzeci korzysta", tym razem to my byliśmy tym "Trzecim" ;)

Mocno podbudowani tym dość nieoczekiwanym zwycięstwem, staneliśmy na starcie do drugiego etapu, z metą w Stroniu Śląskim. Etap ten można podzielić na dwie części, podjazd/zjazd ze schroniska pod Śnieżnikiem oraz całą resztę ;)
Od samego startu staraliśmy się z Matysem narzucić bardzo mocne tempo (znajomość trasy robi swoje!) Wiedzieliśmy kiedy kończy się pierwszy długi podjazd, a zaczyna zjazd, na ktory wpadliśmy jako pierwsi z całej grupy, zostawiając w tyle na podjezdzie zarówno ekipę z Hiszpanii jak i Duńczyków oraz kilku innych zawodników.
Zaraz potem zaczął się podjazd do schroniska pod Śnieżnikiem - również bardzo dobrze nam znany! Czułem się fantastycznie - narzuciłem równe(?), mocne tempo (to był chyba ten tzw. "dzień konia" w moim wykonaniu :) Pod koniec podjazdu zauważyłem, iż Matys chyba zaczął się lekko "gotować", a więc nieco odpuściłem, abyśmy razem dojechali do zjazdu czerwonym szlakiem. Udało się wjechać przed rywalami, a kiedy zaczął się wspomniany zjazd, wiedziałem iż mozemy teraz urwać kolejnych kilkanaście sekund - oba zespoły z którymi toczyliśmy walkę, bardzo dobrze radziły sobie na technicznych zjazdach, ale znajomość trasy, a szczególnie tego konkretnego zjazdu, po raz kolejny dawała nam konkretną przewagę i należało to wykorzystać. Poleciałem pierwszy i co chwilę krzycząc sprawdzałem czy Matys jedzie za mną - mniej więcej w połowie zjazdu nasza komunikacja się urwała, a ja niestety dałem się ponieść adrenalinie i zamiast zwolnić i poczekać na kompana, postanowiłem przygazować do samego końca. Wszyscy chyba znamy to uczucie, kiedy na zjeździe łapie się ten "flow" - wszysto dzieję się instynktownie, w mgnieniu oka, percepcja jest wyostrzona do granic możliwości, czujesz że rower reaguje na najmniejszą korektę... i wtedy tak cholernie żal odpuszczać, żal hamować... Niestety, ze zjazdowego amoku wyrwałem się dopiero w chwili gdy zaczął się kolejny podjazd i wówczas zorientowałem się, że Matysa nie mam "na kole".
Musiałem więc zawrócić, a mijający mnie Hiszapnie (po ok 2min) potwierdzili moje obawy krzycząc do mnie łamanym angielsko/hiszpańskim - "your teammate puntato in half descent" :) Po kilku najdłuższych minutach wreszcie pojawił się Matys i mogliśmy zacząć odrabiać straty. Troszkę nam zajęło zanim ponownie wskoczyliśmy na swój właściwy rytm jazdy - mówcie co chcecie, ale każdy defekt bardzo dekoncentruje, wybija i potem trudno jest się pozbierać.
Rozmawiając z Matysem na mecie, przyznałem, iż w jego kapciu trochę było mojej winy, bowiem za szybko poleciałem ten zjazd, on chciał z drugiej strony za wszelką cenę utrzymać "koło" - nauka jaką z tego wynieśliśmy była taka, iż na zjazdach to Matys miał jechać pierwszy, a ja ZA nim, w bezpiecznej odległości, zaś pod górę miał nadawać tempo ten, który czuł się słabszy, tak ażeby nie zostawać z tyłu - to bowiem bardzo demotywuje, kiedy nie można "pospawać"....
Ale wracając do drugiego etapu - jak się miało za ok godz jazdy okazać, to nie był koniec naszych kłopotów tego dnia. Aby za dużo się nie rozpisywać, napiszę tylko iż dętka Foss'a nie wytrzymała, zaczęło z niej uchodzić powietrze - może kolejna dziura, a może dętka sama z siebie ?? Nie wiemy.... - szybko podjęliśmy decyzję o zmianie detki na normalną, co zajęło nam kolejnych kilka cennych minut.
Ten etap nie należał do najszczęśliwszych, a więc nie było mowy o żadnym poudle.

Trzeci etap miał być etapem "na złapanie" oddechu - pamiętaliśmy go sprzed roku, kiedy jego pokonanie zajęło nam nieco ponad 3h. Cóż... nie należy chyba za bardzo ufać takiemu doświadczeniu, a należy dokładniej czytać/analizować mapki przed startem ;)
Ok 30km singla zrobiło swoje, bowiem czas przejazdu w granicach 5h to nie to samo co 3h sprzed roku! I nie zebym narzekał, bowiem tak genialnie jak na etapie trzecim, już dawno się nie bawiłem. Jedno wiem na pewno - chce go przejechac raz jeszcze, tym razem nie w tempie wyścigowym, a wycieczkowym, aby moć po raz kolejny doświadczyć tej huśtawki emocji (chociaż, czy jest to możlwie poza wyścigiem>?? chyba nie...)
Raz, uśmiech od ucha do ucha na rewelacyjnym, wąskim zjeździe, gdzie w każdej sekundzie trzeba szukać odpowiedniej ścieżki, podrzucać, narzucać koło, omijać "telewizory", uważać aby nie urwać przerzutki, przeskakiwać, zeskakiwać, ale zaraz "mięso" leci pod nosem, bo trzeba włąśnie z nosem w ziemi, podpierając się rowerem, wdrapywać się na kolejnego "garba" - tutaj z kolei wyobraźnia już podsuwa wizję mającego zaraz nastąpić zjazdu i od razu noga sie "odkwasza" na takim podejściu!
(zresztą te podejścia to w zasadzie były jedne z niewielu chwil, kiedy można było bezpiecznie coś zjeść czy napić się!)
Większość tego odcinka jechaliśmy za bardzo szybkimi tego dnia Duńczykami. I pamiętam jak dziś, kiedy po jednym z dłuższych zjazdów, gdzie we czwórkę złapaliśmy ten idealny rytm jazdy, na lekkiej zadyszce, kiedy nikt nie spowalniał pozostałych, kiedy każdy zakręt, każdy uskok, sprawiał co raz więcej radości (wiem wiem, troche mnie ponosi w opisach, ale to było na prawdę piękne uczucie - właśnie ten "zjazdowy flow", ale taki "grupowy zjazdowy flow" :D) - po kilku minutach zjazdowej orgii, jeden z Dunczykow obejrzał sie na nas, na jego twarzy był ogromy uśmiech, a jedyne co mógl wowczas z siebie wydusić to coś w stylu "It was awesome!! I want more!" :)
No i kazdy z nas dostał jeszcze "much much more", bo ponad 5h !
Wisienką na torcie był dla nas ostatni podjazd tego dnia, a wiec znana wszystkim "sztajfka", która następuje zaraz po zjeździe z Borówkowej, bowiem to właśnie tutaj udało nam się dogonić parę z Hiszpanii. Przykleiliśmy się do nich na początku podjazdu - chłopaki bardzo chcieli nas urwac, jednak po kilku chwilach sami nie wytrzymali tempa jakie sobie narzucili i zaczeli "butowac", we mnie zaś wstąpiły jakieś siły, o istnieniu których, do tamtej chwili nie miałem najmniejszego pojęcia! Hiszpanie "butują", Matys zakopał się w kamieniach i też musiał pokonać ten odcinek "z buta", jednak jego tempo było wręcz sprinterskie. Obaj wiedzieliśmy, iż właśnie w tej chwili walczymy o podium i jeśli tylko wytrzymamy ten podjazd do końca, to na zjeździe Hiszpanie już nas nie dojadą. Po raz kolejny znajomość długości podjazdu, ukształtowania terenu, bardzo nam pomogły.
Udało się wjechać całość w siodle - Hr max 190 (!) i naprawde nie wiem jakim cudem wykrzesałem z siebie na koniec tyle energii! Matys cały czas "na kole", zaczyna się zjazd - ostatni techniczny singiel tego dnia. Niesieni emocjami chcemy polecieć ten zjazd "ile fabryka dała", ale rozsądek podpowiada, aby jechać na 80%, aby uniknąć niepotrzebnego defektu, aby dowieźć tak ciężko wywalczone pudło. Mijamy park linowy, wpadamy na ostanią prostą i META! Udało się - jest 3 miejsce, jest pudło :) Hiszpanie tego dnia stracili do nas dobrych kilka minut, a wszystko na ostatnim podjezdzie.
Teraz, aby dopełnić całośći obrazu, muszę wyprzedzić nieco fakty, bowiem przeniesiemy się na chwilę na metę do Kudowy Zdrój. Tego dnia miałem przyjemność dłuższej rozmowy z żoną jednego z naszych hiszpańskich rywali. Kiedy zapytałem o środowy etap, o nastroje chłopaków na mecie, o to co myśleli o samej trasie itd., bardzo szybko okazało się, iż byli mocno zaskoczeni (negatywnie!) zarówno jednym extra-bufetem, o którym w przedstartowej nerwówce po prostu nie usłyszeli (trochę wybiło ich to z rytmu), jak i ostatnim podjazdem, którgo zwyczajnie nie było na profilu - tak przynajmniej twierdzili. Do tego nasz atak przepełnił "czarę goryczy" ;) Zaś sama trasa chyba również nie do końca przypadła im do gustu - nie potrafili złapać właściwego rytmu jazdy (za mało szutrówek czy "demanding" asfaltów ??? Who knows :)
Do tej rozmowy jeszcze wrócę raz na koniec - w podsumowaniu imprezy ;)
Tak czy inaczej, dla mnie był to najpiękniejszy, najbardziej techniczny, najeżony najciekawszymi zjazdami oraz dający najwięcej radości z jazdy etap całej imprezy - a czy dla Matysa? O to trzeba już jego samego zapytac.

Etap czwarty miał być dla nas okazją do kolejnego ataku - znowu znajomość trasy, a do tego mieliśmy przecież wjechać w góry Sowie, a więc na "moje podwórko", gdzie znam każdy kamień, a podjazd/zjazd z Sowy/Kalenicy znam na pamięć z każdej strony i w każdej konfiguracji. To miał być nasz dzień! Ale czy był? Cóż, czytajcie dalej...
Na wstępie powiem tylko, iż dla nas, kolejne dni startowe zaczęły układać się w jakże charakterystyczną "sinusoidę", kiedy to jednego dnia wychodzi wszystko, los nam sprzyja, a wszystko po to, aby kolejnego dnia wszystko zniweczyć.
Przed startem zrobiłem mocną rozgrzewkę, tętno bardzo szybko i chętnie wskakiwało na wysokie wartości - a to dla mnie dobry znak, że jestem wypoczęty, nogi w miarę lekko się kręcą, jest chęć do walki - ogólnie nastrój przed startem na 5 w skali do 6 ;)
Od startu mocne tempo, zaczyna się podjazd i od razu zauważam, iż Hiszpanie dosłownie przyklejają się do nas - jeden do mojego tylnego koła, drugi do Matysa i na krok nas nie odpuszczają. Mijają kolejne kilometry, a oni jak nasze cienie podążają wciąż za nami - przyznam, iż trochę dziwnie się czułem, niby mocno zmotywowany do walki, ale z drugiej strony ich zawziętość nieco studziła mój zapał, bowiem wiedziałem, że nie będzie łatwo ich zerwać z koła.
Zaczął się wreszcie podjazd pod słynny krzyż (kapliczkę?), który góruje nad Bardem - wiedzieliśmy, iż zaraz po nim zacznie się szybki, techniczny zjazd drogą krzyżową do samego Barda. Właśnie tam, na tym zjezdzie chcieliśmy zerwać rywali i zyskać nad nimi kilka sekund (znajomość zjazdu miała nam w tym pomóc...)
Do samego szczytu podjechaliśmy razem z Hiszpanami, Matys pierwszy puścił się zjazdem, za nim ja, za mną wiadomo kto. Chyba zjeżdżał z nami ktoś jeszcze, ale nie przypomnę sobie teraz ani osoby, ani numeru. Po kilku sekundach szaleńczego zjazdu, gdzie momentami przez głowę przebiegała myśl, że chyba przesadzamy, że chyba jest za szybko, dojechaliśmy do drugiej części - tej bardziej kamienistej, wypłukanej przez wodę, gdzie wszędzie jeżyły się mokre kamienie, na których tak przecież łatwo o bład.
W tym momencie - nie wiedzieć czemu, zacząłem wyprzedzać Matysa, a nawet go lekko dotknąłem lewym ramieniem! Nie powinienem przecież tego robić na takim odcinku - tym bardziej, że dwa dni wcześniej ustaliliśmy, że to On leci pierwszy na zjazdach swoim tempem, bez gonienia za mną! Przyznaję, że byłem nieco zamroczony - wpadłem w ten cholerny trans, jaki tak często łapiemy właśnie na technicznych sekcjach, a o którym już pisałem kilka zdań wcześniej. Przed ostatnią sekcją, obejrzałem się i niestety nie zobaczyłem tam Matysa, a jedynie przerażonego Hiszpana, który zaczął do mnie krzyczeć "your comapaniero crashed badly!!"
Nogi się pode mną ugieły - rzuciłem rower w krzaki i zacząłem biec pod górę, wyhamowując przy okazji wszystkich zjeżdżających.
No i zobaczyłem siedzacego na środku ścieżki Matysa, z głową między kolanami, zalanego krwią (udo, bark, prawa ręka) i z roztrzaskanym kaskiem (na wysokości prawej skroni) oraz przednim kołem wykręconym w ósemkę...
Nie powiem, ale byłem wówczas bardzo przerażony - obawiałem się poważnej kontuazji, połamanych kończyn, wstrząśnienia mózgu...
Zatrzymał się przy nas czeski zawodnik - Michał Demjanović, mówiąc iż na bufecie, 300 metrów niżej jest karetka.
Zaczęliśmy powoli schodzić z Matysem do bufetu - w miedzyczasie ratownicy zawiadomieni przez pozostałych zawodników zdążyli do nas podbiec wraz z Grzegorzem - zajęli się Kolegą, opatrzyli rany oraz upewnili w miarę możliwości czy jest w stanie kontynuować etap.
Podczas gdy sanitariusze zajmowali się Matysem, podbiegł do nas Arek Suś i wraz z nim probowaliśmy poskładać rower do ew. dalszej jazdy. Okazało się, iż Arek ma w samochodzie zarówno kask, jak i przednie koło (!!!) więc nie myśląc długo założyliśmy nowe koło, a Matysowi wsadzilśmy na głowę nowy kask.

Przyznam szczerze, iż po tym co się stało, co zobaczyłem, nie chciałem dalej jechać - byłem o krok od wycofania się z wyścigu.
Nikt nie był pewny na 100% czy Matys nie doznał przypadkiem wstrząśnienia mózgu, a przed nami przecież 3/4 etapu do pokonania, z bardzo konkretnymi podjazdami oraz technicznymi zjazdami, które wymagają przecież skupienia i koncentracji, a z tym u Matysa było wówczas bardzo kiepsko... Po prostu obawiałem się, iż Matys może mi gdzieś w lesie zasłabnąć, czy zaliczyć kolejny upadek itd.
No ale był bardzo mocno zdeterminowany aby kontunuwać zawody, więc nie pozostało mi nic innego jak puścić go przodem i pilnować.
To make long story short - jakimś cudem ukończyliśmy etap, Matysowi po ok 30min rozkręcania włączyła się tzw.winda, chwilami nie byłem w stanie utrzymać się na kole. Podjazdy jechał bardzo mocno, bardzo siłowo (widać było sportową złość), zjazdy bardzo uważnie, bez zbędnego "kozaczenia". Na mecie okazało się, iż był to etap wybitnie pechowy praktycznie dla większości naszych rywali - może nie aż w takim stopniu jak dla nas, ale pech nie ominął tego dnia chyba nikogo.
Chłopaki z Oakley'a 5 gum (Darek Zasada - jeśli wiecej, to mnie proszę popraw ;), do tego siedzenie na trasie i czekanie, aż ktoś poratuje zapasową gumką ;) Hiszpanie dwie gumy + upadek jednego z nich, Szwajcarzy 2 gumy, itd.

A wracając jeszcze na chwilę do samego wypadku Matysa - jak później mi wyjaśnił, bezpośrenią przyczyną kraksy nie było moje zahaczenie go na zjeździe, a zwyczajnie ściągnęło go przy dużej prędkości wprost na jedną kapliczek. Zabrakło czasu na jakąkolwiek reakcję i pozostało centralnie uderzyć w betonową podmurówkę, przyjmująć większość impetu niestety na kask i prawy bark. Więcej szczegółów nie znam, ale może niech sam Matys coś więcej o tym napisze - jeśli cokolwiek w ogole pamięta ;)

Szczęście w nieszczęściu, iż mieszkam jakieś 15km od Walimia (Burkatów - mała wioska malowniczo położona na Przedgórzu Sudeckim), a więc jeden telefon wystarczył, aby rodzice przywieźli z domu zapasowe przednie koło oraz kask dla Matysa.
W tym miejscu raz jeszcze ogromne podziękowania dla Arka (Arek Suś) oraz Tomka (Tomek Hoppe) za pomoc i użyczenie sprzętu, dzięki któremu mogliśmy w ogóle ukończyć etap, a w konsekwencji całą etapówkę! Dzięki Chłopaki!

Ostatni, piątkowy etap miał być tzw. etapem przyjaźni, bowiem Hiszapnie mieli nad nami ok 33 min przewagi, a następna ekipa za nami miała do nas również ok 30 min straty. Teoretycznie nie było więc z kim walczyć, ani przed kim się uciekać.
Jednak teoria teorią, ale dopóki nie przekroczyliśmy lini mety w Kudowie wszystko przecież mogło się jeszcze wydarzyć (co dobitnie pokazał nam dzień poprzedni - kraksy, kapcie, itd).
Tak więc mimo zapowiedzi spokojnej jazdy, już od startu zaczęliśmy bardzo mocno (Matys o dziwo w bardzo dobrej dyspozycji! Jak widać sanitariusze Polscy, a później na mecie i Czescy, połatali mi kompana bardzo fachowo ;)
Na start podjazd pod Sierpnicę - asfaltowa droga przez mękę, znana m.in z Szosowych Górskich Mistrzostw Polski (wówczas podjazd ten zawodnicy pokonywali chyba ok 10 razy...chylę czoła ;) I tak pierwsze kilometry zaczęły wyglądać bardzo podobnie do tych z dnia poprzedniego - my naciągamy, a Hiszpanie umierają nam na kole. Dla nas to dobry znak - widać było iż są już mocno podjechani całym wyścigiem, a i wysoka temperatura wcale im nie pomagała! Po ok godzinie bardzo mocnej jazdy, kiedy wjechaliśmy na szlaki znane z maratonu głuszyckiego/wałbrzyskiego, wreszcie udało nam się zerwać rywali i od tamtej pory zaczęła się nasza szaleńcza jazda/ucieczka, z nadzieją iż może jakimś cudem zdołamy odrobić te 30 min starty. Szlak graniczny, korzenie, później asfalt, kolejne kilometry uciekały, a my wciąż nie zwalnialiśmy tempa. Po ok 3h jazdy, w ostatniej fazie etapu Matys wyraźnie osłabł, zaczął mieć problemy z koncentracją na zjazdach - dla mnie był to sygnał, aby utrzymać spokojne tempo jazdy, nie szarżować na zjazdach, pilnować picia, jedzenia i w ten sposób bezpiecznie zjechać do mety w Kudowie.
Po 4h30m przekraczamy linię mety - umęczeni, ale jakże szczęśliwi! Wynik ma drugorzędne znaczenie - najważniejsze, że jesteśmy cali i zdrowi na mecie!

Ostatecznie do ekipy z Hiszpanii zabrakło 23min - odrobiliśmy całkiem sporo, ale starty z dni poprzednich okazały się jednak zbyt duże. 4 miejsce w Team Man, 5 w Open - uważam to za nasz, wspólny, ogromny sukces!
Walka bowiem trwała od samego startu do samej mety, a jedyny odcinek kiedy jechaliśmy spokojnie, to kilka kilometrów wycieczkowej jazdy zaraz po wypadku Matysa. Tak wywalczone zwycięstwo smakuje wyjątkowo, a puchar z podium nabiera wyjątkowej wartości.

Podsumowując, chciałem Ci podziękować Matys (Mateusz Kokowski) za wspaniałą przygodę i równą jazdę do samej mety! Dzięki wielkie dla Ciebie Grzegorz (Grzegorz Golonko) oraz całej Twojej Ekipy, za to że robicie tak fantastyczną imprezę, na którą zaczynamy czekać już w chwili przejechania lini mety!
O samej trasie, jedzeniu, organizacji nie będę się już wypowiadać (powtarzać ;), bowiem zrobiłem to dwa lata temu i do dziś zdania nie zmieniłem ;)
(ps. dla przypomnienia, relacja z 2010)

Pzdrower,

ps1.Na chwilę wrócę jeszce do rozmowy z żoną jednego z naszych hiszpańskich rywali. Okazało się, iż chłopaki mają zaliczonego m.in Iron Bike'a oraz kilka innych etapówek, ale jeszcze nigdzie nie spotkali się z tak dobrą organizacją i opieką. Są generalnie bardzo pozytywnie zaskoczeni zarówno trasą (bardzo trudna, techniczna) jak i całą otoczką wyścigu - planują za rok tu wrócić, o ile termin imprezy nie będzie kolidować w ich kalendarzu z żadną inną imprezą - jej słowa!

ps2.A skąd ten tytuł na początku? Taka myśl przyszła mi do głowy w chwili refleksji, kiedy na spokojnie analizowałem wypadek Matysa - znamy przecież doskonale ten zjazd, ten etap, a mimo to, to właśnie tam o mały włos nie zakończył się dla nas ten Challenge!
Chamy to my (ja i Matys) gdyż przeceniliśmy swoje umiejetności - więcej pokory! :)
A dlaczego na kolana? No przecież Matys klęknął przed kapliczką! Tylko dlaczego nie poniformowal mnie przed startem, ze ma w planach postoj na jednej ze stacji drogi krzyzowej w Bardzie, walenie głową w jedną z kapliczek oraz złożenie w ofierze swojego przedniego kola - no przeciez bym poczekał!
A tak chciał szybko zrobić kilka rzeczy na raz i niestety roztrzaskał kask, wykręcił przednie koło w ósemkę oraz zostawił na drodze krzyżowej część naskórka z ramienia, biodra, uda i cholera wie skąd jeszcze...
A wystarczyło dać na mszę "piątaka" i efekt byłby taki sam ;)

No! Teraz to już koniec".

Wujek Bałaz